Header Ads
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Nostalgiczno - filozoficzne bełkotanie Nomada ;)". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Nostalgiczno - filozoficzne bełkotanie Nomada ;)". Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2011

Ponieważ w tym roku święta wypadają tak jakoś dziwacznie, a i człowiek nastrój sobie musi poprawić (a facet, to tym bardziej :P), więc nomad sprawił sobie prezenty.

Pierwszym z nich - to smartfon, o czym notka wstępna już była.
Przed smartfonami broniłem się jak przed największą zarazą. Że to za duże, że telefon to ma się w dłoni mieścić, a i prosty do obsługi ma być jak konstrukcja cepa.
A, że Nokia Uber Alles... Że ekrany dotykowe to zaraza tego świata, a już te z tylko wirtualną klawiaturą, to dzieło szatana, czy tam innych aniołów mniej lub bardziej upadłych. No i coś abrahama podkusiło i wysłał nomadowi dane i opisy HTC Wildfire. I tak ziarnko do ziarnka, jako - że wg mnie telefon idealny (prawie) czyli Nokia E66 miała jedną - za to dużą wadę - czyli baterię. Tak i nomad zaczął się coraz bardziej, temuż HTC przyglądać.

No i pewnego pięknego dnia - stało się - telefon przybył, wprawdzie nie na rumaku ognistym, a na ręcach kurierki (niestety nie była to urodziwa łączniczka z AK).
Rozpakowałem, sprawdzając czy aby nie bomba, opary siarki nie wybuchnęły mi prosto w twarz...
Więc podłączyłem zasilanie - i hajda na koń. Tylko, że to nie koń, a jakaś nie słuchająca mnie habeta. Całe szczęście - że roztropnie karty sim do środka nie wkładałem. Bo w ramach oswajania nowego zwierza - ten zwierz kopał. No może nie kopał, a dzwonił (usiłował :D :D). Budzenie kogoś o 2-3 w nocy telefonem nie byłoby zbyt mile przyjęte. A zanim się przyzwyczaiłem do tego, że to jest tak czułe na dotyk, to w przeciągu tygodnia wykonałbym z 50 telefonów ;)
Co jeszcze - to oporne bydle mi zaimportowało wszystkie kontakty z gmaila. To nic, że w książce miałem maile raz użyte, albo trzymane na wszelki wypadek. Teraz na wszelki wypadek mam je też w telefonie - zgrooooza. Oczywiście dołożył kontakty z twarzoksiążki i flickr. Dzięki temu - obecnie radośnie mam wszyyyyyystkich. Nie wiem po co - ale mam. Posprzątanie tego zajmie mi z 2 miesiące :D
No ale od drzewka, do drzewka się skradając. I rozminowując kolejne pułapki androida - uznałem, że ten system nie taki zły. Choć - wybieranie z nokii zdecydowanie bardziej przyjazne i szybsze.
Zaczęły się zabawy aplikacjami, sprawdzanie, testowanie... czekam kiedy mi ten telefon jednak tą siarką przywali. Na razie cisza :D

A drugi zakup, to taki jeszcze bardziej przypadkowy i nie planowany. Cóż - już w zeszłym roku miałem upatrzonego rumaka stalowe aluminiowego, ale względy taktyczno - operacyjne zwane siłą wyższą - nie pozwoliły mi go kupić. Więc szczwany plan był taki, ten rok - to choćbym miał kamienia na kamieniu nie zostawić - to zaplanowany zakup zrobię - tak około wiosny...

... Cóż - ktoś tam na górze musi mnie cholernie lubić, bo patrzę na stronę producenta, a tu - moje kochane malowanie modelu zostało perfidnie zmienione. Jak to tak można. Kto śmiał... Jakim prawem....
Więc trzeba było zabrać zaskórniaki i podjąć męską decyzję - czekać do maja/czerwca i kupić tegoroczny model z gorszym malowaniem i inną specyfikacją, czy też poszukać jeszcze leżaków magazynowych z rocznika 2010. Tym bardziej, że wybór tych ostatnich zaczął się kurczyć coraz bardziej. A i ceny korzystne - 150 zł taniej kusi.
Jeden ze sklepów upatrzony, po 2 tygodniach gromadzenia środków - decyzja - kupuję.
Telefon do sklepu (roztropnie sprawdzam na stronie, czy w magazynie mają) - owszem mają, pan za chwilę zadzwoni potwierdzić - jak znajdzie w magazynie.
I tak drodzy słuchacze - oddzwania po 15 minutach (ja w tym czasie napojem bogów jasnym złocistym swoje nerwy uspokajam - i dobrze, bo...) okazuje się, że "duża ilość w magazynie" oznacza jedną sztukę. Którą inny oddział sprzedał. Kilka dni wcześniej. Hurrra dla tego Pana i tego sklepu. Gdybym mógł gryźć...
Odpalam net w telefonie, szukam. "Nie ma", "Nie już nie mamy" "mamy ale tylko rozmiar inny", "nie w tym kolorze już nie ma" grrrrrrr
Jeszcze usłyszałem - w tym pierwszym sklepie, że mogą mi sprowadzić tegorocznego - na kwiecień. Podziękowałem, nie chcąc dodawać - że tegoroczne, to ja w pierwszym lepszym warzywniaku na rogu kupię. I na pewno nie muszę wydawać dodatkowych pieniędzy na kuriera, aby kupić wysyłkowo w tym jednym wspaniałym sklepie.

W końcu - rzutem na taśmę... po wyszukaniu zakończonych aukcji na allegro. Znalazłem kolejny sklep - z Leszna.
I tu - zaskoczenie totalne.
Dialog wyglądał mniej więcej tak:
- owszem mamy, a jaki rozmiar?
- hmmm 18 jest?
- oczywiście, jest 16, 18, 20
- a kolor taki?
- oczywiście są wszystkie jakie miał producent
- a cena jakaś ciekawa będzie?
- dokładnie taka jak na aukcji, wysyłka w cenie (tu opad szczęki - bo dawało mi to ponad 200 zł taniej niż tegoroczny model).
Zamówienie wysłane mailem, przelew wysłany.
I zaczęło się gorączkowe oczekiwanie.

W piątek - znów na rączym ogier barkach kuriera przyszło wielkie pudło - po rozpakowaniu i zlokalizowaniu części - śrubokręty i klucze w dłoń, niech się mury pną do góry.... wróć komendę... no w każdym razie - rozpoczęliśmy montaż.
Po zmontowaniu - sprzęt poszedł do serwisu na regulację i dokręcenie elementów (oraz sprawdzenie, czy to - co my zmontowaliśmy jest choć trochę do roweru podobne). I dziś już w pełni sprawny, cykający jak szwajcarski zegarek - czeka na zdobywanie kolejnych dróg i szlaków.
Proszę państwa - oto Kubuś - Cube AIM 2010.



Przepraszam - że nie na rykowisku, ale obiecuję - że niedługo go na jakąś górkę wezmę. I zdjęcie w naturze zrobię :D

p.s. po dzisiejszych kilku km zrobionych stwierdzam - ponad roczna przerwa to zbrodnia. Nogi czułem już po tak nikłym dystansie... będzie ciekawie :D

czwartek, 18 marca 2010

Teoretycznie - dawno temu poniższy tekst napisany był o IRC (Internet Relay Chat), ale i obecnie nadal myślę, że jest aktualny. Mimo - że obecnie bardziej może dotyczyć blogów, różniastych for (forów?) i chatów. Choć - możliwe, że w mniejszym stopniu, bo i obecnych możliwości porozumiewania się na sieci, jest dużo więcej i społeczności (internetowe) nie są tak zintegrowane, jak wtedy - kiedy był tylko IRC. A może się mylę, może to tylko złudzenie kogoś, kto kiedyś w tym bardzo mocno siedział.
Od razu mówię, tekst nie jest mojego autorstwa - ja go tylko przypominam :)
A właściwie tylko prolog, jeśli ktoś chce - może kliknąć w link do całego opowiadania.
p.s. tak Crew(m)aster - to Ty przypomniałeś mi o tym opowiadaniu :)
----------------------------------------------------------------

Prolog Krotki do granic mozliwosci...

O..bo tak jest w zyciu - wzloty i upadki, nic stalego nic dluzszego
niz chwila...
IRC... druty, caly swiat podlaczony na ich koncach,
maszyny i ludzie... ludzie i maszyny? 00110100100100101010100100001010010 ...
zera i jedynki, 0 - nie, 1 - tak.
Prosty przekaz mysli nie do osiagniecia w realnym swiecie
- tutaj staje sie realny...
Kochasz? - 00101001, nienawidzisz? - 0100111011,
nic nie chcesz od nikogo, po prostu chcesz byc, obserwowac? - 0000000000....
Jak zaklac uczucia w dwa slowa: tak, nie, 0, 1... Druty, modemy, maszyny...
nie miejsce ogranicza, nie czas, wyobraznia tak...
wyobraz sobie wielki pokoj, ze stolem, na nim kanapki, piwo...
siedza ludzie, rozmawiaja, jedni milcza,
inni wychodza, co chwila jednak ktos wraca albo odwiedza
"zgromadzenie niewidzialnych" pierwszy raz dzisiaj... tematy? czy to wazne?
Liczy sie obcowanie, oderwanie, istnienie i nieistnienie zarazem...
Mowilem: 001001001110, a za tym ten pokoj ci ludzie, szepty,
glupawe rozmowy, przyjaznie, nienawisci...
albo nic cisza
....rownie dobra jak rozmowa...
...Jestes male czy female - 0? 1?
...male - 0...
...co porabiasz?...
bo ja jestem...
a ty...
a bo wiesz wczoraj plakalam przez niego....
...to jest IRC...
podoba sie? 0?, 1?
posluchaj...

Książka o życiu (IRC)

piątek, 8 stycznia 2010

"Coś tam było! Człowiek!
Może dostoł?! Może!..."

Znów notka miała być o czymś innym - i znów pod wpływem chwili zmieniłem zdanie :D I tym razem notka raczej nie będzie śmieszna :P

Powszechny i łatwy dostęp do porządnie wykonanych replik ASG, które wizualnie nie różnią się niczym od "ostrych" oryginałów spowodowała wysyp zdjęć pięknych dziewczyn z narzędziami mordu w rękach.



I nie chodzi o sam fakt pozowania z bronią, bo pomysły na zdjęcia tego typu są lepsze i gorsze - niektóre są wręcz genialne. I nie żebym krytykował - sam takowe zdjęcia popełniłem roku pańskiego 2006.
Chodzi o co innego - otóż w 90% przypadków wszystkie zdjęcia (a cechuje to zwłaszcza płeć piękną) zdjęcia mają jedną, ale cholernie ważną wadę.

Prawie wszystkie niewiasty trzymają paluchy zaciśnięte na spustach. Nieważne, czy w coś celują (no powiedzmy, wtedy można jako licenta poetica uznać, że właśnie otwierają ogień), czy właśnie idą, czy pozują z bronią trzymaną do góry.



Wszędzie te wredne paluchy na spuście. Jak magnes przyciąga....

Sam zresztą "objeżdżałem" o to modelki, które u mnie pozowały, a i tak oczywiście po zrzuceniu zdjęć na kartę - paluchy na spustach...Niestety - nie wszystko da się zobaczyć w wizjerze aparatu...

"Nikita"

Ja wiem, że to tak fajnie odstaje, można fajnie chwycić.

Ja wiem, że teoretycznie są bezpieczniki/blokady chroniące przed naciśnięciem spustu.

Ja wiem, że są dwustopniowe blokady spustu chroniące przed przypadkowym strzałem.

Ja wiem, że szansa na to, że te osoby dostaną faktycznie broń ostrą do ręki jest znikoma, ale szansa dostania repliki naładowanej i gotowej do oddania strzału jest dużo, dużo większa. Wystarczy, że osoba, która wypożycza takowy gadżet nie odepnie baterii, czy nie spuści gazu z magazynka.
A i tym można niestety niezłą krzywdę zrobić.

Czy tak trudno pomyśleć, że jeśli mamy palec na spuście - nawet luźno położony, to w przypadku kiedy coś nas wystraszy, kiedy się potkniemy np idąc, kiedy coś wytrąci nas z równowagi - ten palec może naciśnąć spust? Pal licho, kiedy replika/broń jest rozładowana. Ale jeśli nie jest?

Może i jestem przewrażliwiony, może i są to dobre nawyki wyniesione z combatów ASG/szkoleń, strzelnic. Ale po ręce opadają, jak widzę kolejne takie zdjęcia (tu znów moje zdjęcie - no cóż - a nie mówilem?

G.I. JOE

Czy tak trudno jest pomyśleć i położyć ten palec wzdłuż kabłąka spustu? Co ciekawe - zjawisko to obserwuje tylko w krajach, gdzie dostęp do broni palnej jest niewielki i brak obycia z podstawowymi zasadami bezpieczeństwa. Tam, gdzie obycie z bronią jest od dziecka - takich "kwiatków" na zdjęciach jest dużo mniej.


Źródło: http://www.flickr.com


Swoją drogą - to samo obserwuje na pokazach militarnych, gdzie cywilbanda (do której i ja się zaliczam :>) może sobie wziąść do ręki prawdziwą ostrą broń, poprzymierzać się do niej, porobić zdjęcia... aż strach pomyśleć co by się działo, gdyby pozostał jeden magazynek z ostrą amunicją ;)

Niestety - jest to walka z wiatrakami. Ilość komentarzy - nie tylko moich pod zdjęciami przedstawiających to zjawisko idzie w setki, obecnie - gałązki mi opadły i już nie mam siły - stąd ta notka ;)
I tak - tak jak pisałem na początku - ja również niestety takie zdjęcia mam w swoim dorobku. Dlatego - zwracajmy na to wszyscy uwagę, bo wydaje mi się, że warto. A może tylko marudzę, bo się nie wyspałem? :D

Wybór zdjęć subiektywny i zupełnie przypadkowy :D

Prawidłowy sposób trzymania broni :D



Źródło: http://www.flickr.com




wtorek, 12 maja 2009

Wpis miał być o czymś innym, ale w tak pięknych okolicznościach przyrody - plany się zmieniły.
Wracam sobie - po napoju złocistym - lekko pieniącym, do domku ze stołecznego miasta Krakowa. Spotkanie z dawno nie widzianą przyjaciółką trochę się przedłużyło. Napój milutko buzuje w żyłach, jedyny (no prawie jedyny) środek transportu, to kolej żelazna.
Wkraczam raźno na dworzec, sprawdzam - czy aby na pewno dobrze pamiętałem pociąg o tej porze.

Zderzenie nr 1 z inną rzeczywistością - podchodzę do okienka kasowego - tego samego co zwykle, podaje magiczny kawałek plastiku (marząc o trybie PKP - Teleport), miła (hehehe - substytut miłej) Pani drze się na mnie "kartami tu się nie płaci" - zdziwiony, bo naklejki nadal na okienku milutko mi migają symbolami Mastercard, Visa... zresztą zwykle właśnie w tym okienku tak płaciłem.
Pytam się, gdzie w takim razie można kartą zapłacić. Pani z oburzoną miną:
- "a skąd ja mogę wiedzieć. Może gdzie indziej".
I wróciła do picia herbaty...
Oczywiście okienko na wprost - już bez problemów kupuje bilet płacąc kartą. Cóż, może tam przy poprzednim okienku, zamiast teleportu był wehikuł czasu. I przeniósł mnie w tą inną, dawną rzeczywistość...
No dobra, czyhając na pułapki stawiane przez pkp, chytrze posuwam się tunelem (po drodze zagryzając pierożki - jak się później okazało, zbawienne posunięcie). Szukam automatu z kawą - zawsze tu były dwa, całkiem dobre... zamiast nich stoją kioski do internetu.
Nosz... k....a, to nie dało się postawić i tego i tego?
No dobra, uzbrojony w jeszcze większą ostrożność, osłaniając się - docieram na peron. Uspokojony sprawdzam na tablicy świetlnej - pociąg Przemyśl - Świnoujście, 21:50. Przyjazd zgodnie z planem.
Ha szczekaczka zapowiada jego wjazd, ja nadal węszę pułapkę... a jednak nie, wjeżdża zgodnie z planem, ha nawet jest o 5 minut wcześniej.
Wsiadam, rozsiadam się sam w przedziale, zamykam drzwi. Wyciągam przewodnik po Turcji (wyd. Bezdroża - polecam)....

Od Nomadkowe spojrzenie


No tak, ta chwila rozprężenia mnie załatwiła, nie spodziewałem się pułapki na mecie. A jak to mawia Abi - nindża czujna ma być. Po 10 minutach stania pociągu na peronie, przeczytania kilkunastu kartek, dociera do mnie - że stoimy - nadal. Otwieram okno, bo trochę dusznawo... wychylam się patrzę na świetlną tablicę. eeeeeee
W tym momencie - dociera do mnie kolejny komunikat szczekaczki. Pociąg osobowy z Zakopanego opóźniony o 60 minut. Pociąg pospieszny "Przemyślanin" - stoi na peronie czwartym. Planowany odjazd pociągu - za około 60 minut po przybyciu pociągu z Zakopanego. Opóźnienie może ulec zmianie...

Zbaraniałem, aż tyle nie wypiłem... pociąg pospieszny czekający na osobówkę? W dodatku kilkadziesiąt minut? Że co k-wa? To nam kiedyś - w momencie kiedy jechaliśmy pospiesznym, mając przesiadkę w Pabianicach, mówiono, że osobówka na nas nie może poczekać, bo nie ma takiej możliwości (kwestia 5 minut), a tu - 60 minut czekania?
No nic - skoczyłem po mineralną, wróciłem do czytania. Po chwili uznałem, że 60 minut to dużo, wyłożyłem się na siedzeniu i zacząłem drzemać.

Od Nomadkowe spojrzenie


Po 80 minutach - dotarło do mnie, że nadal stoimy. No tak - PKP - Pójdziesz Kolego Piechotą.
Po 85 minutach przyjechała osobówka z Zakopanego. Do naszego pociągu przesiadło się 6, może w porywach 8 osób... Bosko....

Od Nomadkowe spojrzenie


Pociąg "Przemyślanin" odjechał z Krakowa opóźniony o 90 minut. Mimo tego, że do Krakowa przyjechał planowo. Smaczku dodaje fakt, że bilet kosztował mnie 14 zł, kiedy bus na tej trasie kosztuje od 6 do 11 zł, a PKS od 7 do 15 zł. Tyle, że busy o tej porze nie jeżdżą, o PKS też ciężko.

Od Nomadkowe spojrzenie


Łączny czas podróży - 130 minut. Faktyczny czas rzeczywistej jazdy - 40 minut.
Smaczek nr dwa, stacja kolejowa (jedyna) w Jaworznie, czyli Jaworzno - Szczakowa, odległa jest od centrum o ok 7-8 km, ostatni autobus odjeżdża o 23:20, później jest nocny o 3. Jadąc planowo - miałbym jeszcze ok 5-8 autobusów, tak to miałem dwa wyjścia - iść na nogach, lub szukać taxi. Z racji ciężkiego plecaka (laptop, dyski, książki, aparat), oraz cienkiego polara - wolałbym to drugie, jak na złość - na postoju pustki (norma w tej dzielnicy). Więc - ruszamy na nocny spacer w mżawce, po górkach. Na szczęście - po około 1.5 kilometrze - pojawia się samotny biały żagiel w postaci taksówki. Rachunek wzięty, jutro zobaczymy co na to moloch....



"Uwierzyliśmy megafonom.
Uprzejmie wszak ostrzegły nas
Po co stać w deszczu na peronie,
Skoro przed nami jeszcze czas?"


Swoją drogą - może rację miał indianin toporkując gwiżdżący czajnik i mówiąc "trzeba zabić póki małe"

p.s. na dworcu w Jaworznie na tablicy komunikat - pociąg pospieszny do Gdyni opóźniony o 170 min. (zdjęcie przedstawia 120 min, ale ten zegar trochę źle wskazywał) Cóż, może ten czekał gdzieś na drezynę?

Od Nomadkowe spojrzenie

niedziela, 10 maja 2009

No powoli do świadomości dociera myśl - za tydzień wylot. Powoli głowa zaczyna pęcznieć od opcji wyjazdowych - w sensie, od planów wycieczek już na miejscu.

Plany bardzo ambitne - ile z tego zrealizujemy, wszystko okaże się na miejscu. Do tego będzie (mam nadzieję) szansa na popracowanie nad kondycją i zrzut bagażnika, tu również plany ambitne - rano bieganie i basen, po południu siłownia w hotelu...
Jeśli chodzi o fotografię... niestety - analog zostaje w domu, brak dodatkowych funduszy na zakup slajdów, poza tym wybór tych ostatnich w sklepach żałosny, trzeba by z allegro ściągać... a to trwa. No nic - trzeba będzie na syfrze robić. Choć to aż tak trochę dziwnie się człowiek czuje, chyba pierwszy wyjazd bez analoga :/

Z kartami pamięci też dziwnie, gdzieś wsiąkła 2 gb, zostaje tylko 4 gb i laptop jako backup, trochę mało jak na RAW-y, no ale cóż, będzie się robić selekcję :D
Zastanawiam się czy zabierać lampę i blendę. O ile lampa się może przydać, o tyle blenda hmmm Even mówi, że jej się pozować nie będzie chciało. Więc czy to ma sens?
Tak, jakoś mi się marudzenie włączyło :D