piątek, 15 marca 2013

Nawet nie wiem kiedy minęło tyle czasu od ostatniej publikacji tutaj.... Żyję, działo się baaardzo dużo. Wkrótce zaczynam uzupełnianie i relacjonowanie na bieżąco... (mam przynajmniej taką nadzieję :D)
I takie zdjęcie sprzed prawie półtorej roku...

poniedziałek, 18 lipca 2011

Desert? Beach? by nomad_fh
Desert? Beach?, a photo by nomad_fh on Flickr.

Nie zaginąłem w odmętach histo(e)rii. Nie porwała mnie również żadna księżniczka z oazy na pustyni.
Wkrótce duuuużo relacji i postów. Niestety - tam gdzie byłem (w sensie kraju), nie miałem możliwości publikować na blogu. Jedyny net, który mi działał z wielkim trudem - to wifi brane z pobliskiej dyskoteki. A i to działało ledwo ledwo na facebooku. Więc - cierpliwości. Wrócę :)

poniedziałek, 7 marca 2011

Ponieważ w tym roku święta wypadają tak jakoś dziwacznie, a i człowiek nastrój sobie musi poprawić (a facet, to tym bardziej :P), więc nomad sprawił sobie prezenty.

Pierwszym z nich - to smartfon, o czym notka wstępna już była.
Przed smartfonami broniłem się jak przed największą zarazą. Że to za duże, że telefon to ma się w dłoni mieścić, a i prosty do obsługi ma być jak konstrukcja cepa.
A, że Nokia Uber Alles... Że ekrany dotykowe to zaraza tego świata, a już te z tylko wirtualną klawiaturą, to dzieło szatana, czy tam innych aniołów mniej lub bardziej upadłych. No i coś abrahama podkusiło i wysłał nomadowi dane i opisy HTC Wildfire. I tak ziarnko do ziarnka, jako - że wg mnie telefon idealny (prawie) czyli Nokia E66 miała jedną - za to dużą wadę - czyli baterię. Tak i nomad zaczął się coraz bardziej, temuż HTC przyglądać.

No i pewnego pięknego dnia - stało się - telefon przybył, wprawdzie nie na rumaku ognistym, a na ręcach kurierki (niestety nie była to urodziwa łączniczka z AK).
Rozpakowałem, sprawdzając czy aby nie bomba, opary siarki nie wybuchnęły mi prosto w twarz...
Więc podłączyłem zasilanie - i hajda na koń. Tylko, że to nie koń, a jakaś nie słuchająca mnie habeta. Całe szczęście - że roztropnie karty sim do środka nie wkładałem. Bo w ramach oswajania nowego zwierza - ten zwierz kopał. No może nie kopał, a dzwonił (usiłował :D :D). Budzenie kogoś o 2-3 w nocy telefonem nie byłoby zbyt mile przyjęte. A zanim się przyzwyczaiłem do tego, że to jest tak czułe na dotyk, to w przeciągu tygodnia wykonałbym z 50 telefonów ;)
Co jeszcze - to oporne bydle mi zaimportowało wszystkie kontakty z gmaila. To nic, że w książce miałem maile raz użyte, albo trzymane na wszelki wypadek. Teraz na wszelki wypadek mam je też w telefonie - zgrooooza. Oczywiście dołożył kontakty z twarzoksiążki i flickr. Dzięki temu - obecnie radośnie mam wszyyyyyystkich. Nie wiem po co - ale mam. Posprzątanie tego zajmie mi z 2 miesiące :D
No ale od drzewka, do drzewka się skradając. I rozminowując kolejne pułapki androida - uznałem, że ten system nie taki zły. Choć - wybieranie z nokii zdecydowanie bardziej przyjazne i szybsze.
Zaczęły się zabawy aplikacjami, sprawdzanie, testowanie... czekam kiedy mi ten telefon jednak tą siarką przywali. Na razie cisza :D

A drugi zakup, to taki jeszcze bardziej przypadkowy i nie planowany. Cóż - już w zeszłym roku miałem upatrzonego rumaka stalowe aluminiowego, ale względy taktyczno - operacyjne zwane siłą wyższą - nie pozwoliły mi go kupić. Więc szczwany plan był taki, ten rok - to choćbym miał kamienia na kamieniu nie zostawić - to zaplanowany zakup zrobię - tak około wiosny...

... Cóż - ktoś tam na górze musi mnie cholernie lubić, bo patrzę na stronę producenta, a tu - moje kochane malowanie modelu zostało perfidnie zmienione. Jak to tak można. Kto śmiał... Jakim prawem....
Więc trzeba było zabrać zaskórniaki i podjąć męską decyzję - czekać do maja/czerwca i kupić tegoroczny model z gorszym malowaniem i inną specyfikacją, czy też poszukać jeszcze leżaków magazynowych z rocznika 2010. Tym bardziej, że wybór tych ostatnich zaczął się kurczyć coraz bardziej. A i ceny korzystne - 150 zł taniej kusi.
Jeden ze sklepów upatrzony, po 2 tygodniach gromadzenia środków - decyzja - kupuję.
Telefon do sklepu (roztropnie sprawdzam na stronie, czy w magazynie mają) - owszem mają, pan za chwilę zadzwoni potwierdzić - jak znajdzie w magazynie.
I tak drodzy słuchacze - oddzwania po 15 minutach (ja w tym czasie napojem bogów jasnym złocistym swoje nerwy uspokajam - i dobrze, bo...) okazuje się, że "duża ilość w magazynie" oznacza jedną sztukę. Którą inny oddział sprzedał. Kilka dni wcześniej. Hurrra dla tego Pana i tego sklepu. Gdybym mógł gryźć...
Odpalam net w telefonie, szukam. "Nie ma", "Nie już nie mamy" "mamy ale tylko rozmiar inny", "nie w tym kolorze już nie ma" grrrrrrr
Jeszcze usłyszałem - w tym pierwszym sklepie, że mogą mi sprowadzić tegorocznego - na kwiecień. Podziękowałem, nie chcąc dodawać - że tegoroczne, to ja w pierwszym lepszym warzywniaku na rogu kupię. I na pewno nie muszę wydawać dodatkowych pieniędzy na kuriera, aby kupić wysyłkowo w tym jednym wspaniałym sklepie.

W końcu - rzutem na taśmę... po wyszukaniu zakończonych aukcji na allegro. Znalazłem kolejny sklep - z Leszna.
I tu - zaskoczenie totalne.
Dialog wyglądał mniej więcej tak:
- owszem mamy, a jaki rozmiar?
- hmmm 18 jest?
- oczywiście, jest 16, 18, 20
- a kolor taki?
- oczywiście są wszystkie jakie miał producent
- a cena jakaś ciekawa będzie?
- dokładnie taka jak na aukcji, wysyłka w cenie (tu opad szczęki - bo dawało mi to ponad 200 zł taniej niż tegoroczny model).
Zamówienie wysłane mailem, przelew wysłany.
I zaczęło się gorączkowe oczekiwanie.

W piątek - znów na rączym ogier barkach kuriera przyszło wielkie pudło - po rozpakowaniu i zlokalizowaniu części - śrubokręty i klucze w dłoń, niech się mury pną do góry.... wróć komendę... no w każdym razie - rozpoczęliśmy montaż.
Po zmontowaniu - sprzęt poszedł do serwisu na regulację i dokręcenie elementów (oraz sprawdzenie, czy to - co my zmontowaliśmy jest choć trochę do roweru podobne). I dziś już w pełni sprawny, cykający jak szwajcarski zegarek - czeka na zdobywanie kolejnych dróg i szlaków.
Proszę państwa - oto Kubuś - Cube AIM 2010.



Przepraszam - że nie na rykowisku, ale obiecuję - że niedługo go na jakąś górkę wezmę. I zdjęcie w naturze zrobię :D

p.s. po dzisiejszych kilku km zrobionych stwierdzam - ponad roczna przerwa to zbrodnia. Nogi czułem już po tak nikłym dystansie... będzie ciekawie :D

środa, 2 marca 2011

Niniejszym stało się zostałem zasmartfowiony. Początki są trudne zwłaszcza przyzwyczajenie do ekranowej klawiatury i paru dziwnych rzeczy. Tego posta piszę z mojego maleństwa, testując obsługe bloga.

niedziela, 13 lutego 2011

In Xanadu did Kubla Khan
A stately pleasure-dome decree :
Where Alph, the sacred river, ran
Through caverns measureless to man
Down to a sunless sea.


Cameron wielkim reżyserem jest (?) i basta :P tylko, że w tym filmie był tylko producentem - o czym sporo osób zapomina :D Tak nieco przewrotnie zaczynam opisywać swoje wrażenia z wczorajszej wizyty w świątyni 10 muzy.

Powodem był film "Sanctum 3D" i jedna z moich ulubionych scenerii - czyli jaskinie.
Jeśli dodamy do tego jeszcze środowisko ulubione przez niektóre osoby (np Abiego) - czyli świat podwodny, to decyzja może być tylko jedna - idę.
Specjalnie przed filmem nie czytałem recenzji, nie oglądałem trailera. Tak, aby sobie nie robić złudnych nadziei, ale i - nie odbierać sobie przyjemności z oglądania i oceniania filmu.
Akurat filmów rozgrywających się w jaskiniach zbyt wiele nie ma. A jeśli są - to niestety - w pewnym momencie są dokładnie spier... psute.
Takim przykładem jak dla mnie jest film "Zejście" - do mniej więcej połowy filmu - rewelacja, świetnie trzymający w napięciu. Tajemniczość, klaustrofobiczne sceny. Z punktu widzenia "sztuki" speeologicznej - również zbyt wiele do zarzucenia nie miałem. Natomiast - zupełnie nie potrzebnie zostały pokazane potwory (zresztą wyglądające jak klony golluma z Władcy Pierścieni). I niestety od tego momentu - pozostało to tylko i wyłącznie krwawą jatką, która bardziej śmieszyła niż przerażała. Może dlatego - że bardziej boimy się tego co nieznane. I co "czai się w ciemności". Akurat "Zejście" ratuje genialna końcówka i ostatnie sceny.

A teraz wracamy do Sanctum - tematyka podobna do "The Cave" - grupa grotołazów - nurków ma za zadanie zbadać jeden z najgłębszych i największych kompleksów jaskiń na świecie - który znajduje się w Nowej Gwinei. O ile część "naziemna" i łatwiej dostępna jest już zbadana, tak - dalej zaczynają się schody. Celem wyprawy jest odkrycie hipotetycznego połączenia systemu jaskiń z oceanem. A ponieważ - spora część korytarzy jaskiń znajduje się pod wodą, więc konieczne jest użycie sprzętu do nurkowania... W trakcie eksploracji - nadchodzi tropikalna burza, która zamienia się tajfun. Powoduje to konieczność zlikwidowania naziemnej bazy, oraz wycofanie się grupy grotołazów w bezpieczne miejsce. Większości ekipy udaje się to, jednak kilku zostaje uwięzionych wewnątrz - i chcąc/nie chcąc muszą to legendarne przejście odnaleźć.

Tyle tytułem wstępniaka do fabuły - więcej można przeczytać w wielu reklamach tego filmu. Moje wrażenia po obejrzeniu?
Jeśli, ktoś lubi tego typu scenerie, oraz walkę człowieka z przyrodą - zdecydowanie warto. Na pewno powinno się to obejrzeć właśnie w kinie, bo obejrzenie tego na mniejszym ekranie i bez efektu 3D - mocno zepsuje jego odbiór.
Sanctum od samego początku został stworzony właśnie jako film 3D (użycie dokładnie tego samego sprzętu, co przy kręceniu Avatara) i to widać. Nie zgadzam się ze stwierdzeniami, że efekty widoczne są za mało, że ich nie ma wcale itd. Widać, że twórcy fajnie czują się w tym środowisku i "czują świat 3D", co chwilę mamy wchodzący przed 1 plan - a to kawałek skały, a to leżący kamień, czy przedmiot. Dzięki czemu - przez cały czas widać plastyczność i przestrzenność sceny. I właśnie do tego typu filmów, ta technologia jest wprost wymarzona. I na pewno dużo lepiej oglądać w tej technice filmy katastroficzne, niż kolejną wersję potworków i hektolitrów krwi. Co nie znaczy, że w tym filmie krew się nie leje :P

Oczywiście - sporo jest przerysowane, ludzie siedzący mocno w tematyce speeologi i wspinaczki - zapewne łapią się za głowę widząc co wyczyniają "doświadczeni" bohaterowie. Podobnie osoby dużo nurkujące - pewnie błędów wychwycą co nie miara.
No ale - jeśli by wszystko miało być zrobione idealnie, to film straciłby dużo na dramaturgii. Dla mnie pewnym zaskoczeniem było nazwanie aparatu o zamkniętym obiegu - oddycharką, jednak później sprawdziłem - i faktycznie taka nazwa jest poprawna. Cóż człowiek uczy się całe życie :D
No i jeszcze jedno - jak na jaskinie - było tam za jasno :D ale inaczej nie udałoby się pokazać piękna tego świata.
Czy film trzyma w napięciu - tak, choć momentami fabuła jest przewidywalna, a miejscami mocno naciągana. Również nie zawsze jest konsekwentna - np błędy popełniane przez osobę, która zdobywała Mount Everest są aż zbyt rażące...

Na pewno dobrze pokazuje jedną rzecz - że jest to świat, gdzie każdy błąd mści się wcześniej czy później. I gdzie panika jest najgorszym z doradców... I to dotyczy zarówno świata jaskiń, jak i nurkowania.
Jeżeli chodzi o grę aktorską - źle nie jest, choć czasami dialogi i niektóre sceny trochę śmieszą... Np jedna z bardzo patetycznych scen - brakowało tylko wielkiego miecza w rękach ;)
Podsumowując - warto przejść się choćby dla samych widoków, nabrać troszkę dystansu do nie do końca poprawnie realizowanych procedur i naginania scenariusza. I bawić się :)
Jeszcze jedno - sala kinowa była prawie pełna, nikt nie wychodził w środku filmu (dziś czytałem czyjąś relację, jak to w połowie filmu większość osób zniechęcona wyszła). My byliśmy w kilka osób - i wszystkich odczucia były podobne - na pewno nie były to zmarnowane pieniądze.



p.s. film jest opisywany jako "na faktach autentycznych", nawet na początku filmu jest taki napis - nie do końca odpowiada to prawdzie. Jeżeli już - to powinno być opisywane jako "inspirowane przez realne wydarzenie". W prawdziwej sytuacji - grupa grotołazów została uwięziona w systemie jaskiń, ale tam - akcja ratunkowa została uruchomiona praktycznie natychmiast. I po kilkudziesięciu godzinach ratownicy dotarli do uwięzionych.